Wyślij babcię do kliniki
 

Wyślij babcię do kliniki


Nie ma za starych kobiet do tych zabiegów. Najstarsza pacjentka I Kliniki Ginekologii i Położnictwa Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu, u której lekarze przeprowadzili operację związaną z obniżeniem narządów miednicy, miała 93 lata. Dzięki specjalistycznej pomocy mogła ponownie normalnie żyć, wychodzić z domu i zajmować się tym, co lubi. A przede wszystkim przestała cierpieć, jak tysiące starszych kobiet, które nie chcą lub wstydzą się ze swoim problemem zgłosić do specjalisty.

Nie można chodzić, siedzieć, trudno utrzymać mocz i stolec – to najczęstsze i najbardziej uciążliwe objawy chorób dna miednicy, związanych z obniżeniem jej narządów: pęcherza moczowego, odbytnicy, jelita cienkiego czy macicy. Dotyczą one jednej trzeciej populacji dorosłych kobiet, ale ryzyko pojawienia się tej przypadłości rośnie z wiekiem. Jeśli u około połowy pięćdziesięciolatek dochodzi do obniżenia narządów miednicy, to wśród pań po siedemdziesiątce odsetek ten sięga aż 80 proc. Specjaliści nazywają problem ukrytą epidemią. Nie ma w tym przesady: jest on częstszy niż cukrzyca, nadciśnienie tętnicze i wszystkie choroby nowotworowe narządów rodnych razem wzięte. Tymczasem pomocy szuka zaledwie co dziesiąta spośród chorych.

– Powodem jest nie tylko wstyd, ale też przekonanie, że tak musi być – tłumaczy dr Bogusław Pałczyński z I Kliniki Ginekologii i Położnictwa USK. – Pokutuje mit, że skoro macica wypadała mamie, babci i prababci, to ja także jestem skazana na tę przypadłość. Pacjentki cierpią więc całymi latami. Do ginekologa nie chodzą, bo po co komu na starość ginekolog? Takie podejście to u nas, niestety, norma, choć przecież powinno być zupełnie odwrotnie, bo to starsze kobiety chorują częściej niż młode. Nawet jeśli odwiedzają lekarza rodzinnego z innych powodów, często przemilczają problem. Rzadko pomagają też bliscy, którzy zbyt łatwo akceptują fakt, że babcia nie wychodzi z domu z powodu nietrzymania moczu i innych dolegliwości. W ten sposób mamy tysiące takich star-szych pań, zamkniętych w swoich czterech ścianach, izolujących się od świata, samotnych i nieszczęśliwych. A przecież możemy im pomóc.

Duże dziecko, duży kłopot

Dr Pałczyński zastrzega, że choć problem dotyczy głównie wiekowych pacjentek, zdarza się także u młodych, tuż po porodzie. Jest jednak jedna zasadnicza różnica: młode kobiety najczęściej szukają specjalistycznej pomocy, w przeciwieństwie do tych starszych. Choć jest kilka czynników powodujących obniżenie narządów dna miednicy, to przebyte porody mają tu kluczowe znaczenie. Nie chodzi nawet o ich liczbę, ale o wielkość noworodka. Na choroby dna miednicy szczególnie narażone są kobiety, które urodziły dziecko o wadze po-wyżej 4 kg. Podczas takiego porodu może dojść do uszkodzenia „rusztowania”, jakim jest dno miednicy, na które składają się kości, liczne więzadła i mięśnie. W tym „rusztowaniu” mieści się końcowy odcinek układu moczowego i przewodu pokarmowego oraz narządy rozrodcze. Gdy konstrukcja przestaje je mocno trzymać, opadają w dół. W przypadkach, gdy dojdzie do uszkodzenia powięzi pęcherzowo-pochwowej lub odbytniczo-pochwowej, kobieta ma w kroczu coś w rodzaju balonu, który utrudnia lub uniemożliwia jej poruszanie się czy siedzenie. Jego zawartość to najczęściej obniżony pęcherz moczowy, czasami odbytnica lub pętle jelita cienkiego, a ściana to rozciągnięta przednia lub tylna ściana pochwy. Równie dramatyczne konsekwencje powoduje uszkodzenie więzadeł mocujących macicę w miednicy. Wówczas dochodzi do wypadnięcia macicy, a pacjentka ma w kroczu worek, dochodzący do długości powyżej 20 cm. Jest on tak duży, bo dodatkowo wypełniają go pętle jelita cienkiego.

– Wymienione uszkodzenia naj-częściej związane są z przebytymi porodami i ujawniają się po menopauzie, kiedy brak hormonów powoduje zmiany zanikowe i wyraźne osłabienie siły mięśni i więzadeł dna miednicy – tłumaczy dr Bogusław Pałczyński. - Istotne są tu także predyspozycje genetyczne, gdyż są kobiety, dotknięte tym schorzeniem, które w ogóle nie były w ciąży, ale występuje u nich rodzaj defektu tkanki łącznej. Innym czynnikiem ryzyka są przebyte operacje przepuklin pachwinowych i pępkowych.

To można wyleczyć

Jak długo można funkcjonować z balonem wielkości kilkudziesięciu centymetrów w kroczu? Wydaje się to nieprawdopodobne, ale pacjentki-rekordzistki potrafią tak żyć nawet ponad 10 lat! Kobiety mogą naprawdę wiele znieść, ale w tym wypadku zupełnie bez potrzeby: większość z nich można skutecznie leczyć.

– Mamy wiele możliwości terapii – mówi dr Bogusław Pałczyński. – Je-żeli choroba nie jest zawansowana, nawet u 70 proc. pacjentek skuteczne jest leczenie zachowawcze, m.in. za pomocą tzw. pessarów dopochwowych. Od pradawnych czasów stosowane były rozmaite tampony wykonywane najczęściej ze zwijanej tkaniny, potem były krążki metalowe ceramiczne lub twardej gumy. Komfort stosowania tych przyrządów był mocno wątpliwy. Ostatnio stosujemy nowe rodzaje pessarów w kształcie kostki o wklęśniętych ścianach, które mają zupełnie inny mechanizm działania, polegający na podtrzymywaniu ścian pochwy i są bardzo dobrze oceniane przez pacjentki.

Specjalista z I Kliniki Ginekologii i Położnictwa USK dodaje jednak, że w ramach leczenia zachowawczego istotna jest zmiana trybu życia, złych nawyków dnia codziennego, zmniejszenie masy ciała oraz fizjoterapia, polegająca na treningu mięśni dna miednicy, fizykoterapii i terapii behawioralnej. Wrocławska klinika należy do nielicznych ośrodków w Polsce, gdzie pacjentki mogą liczyć na pomoc odpowiednio wykształconych fizjoterapeutów - wciąż jest ich u nas za mało, a do samej profilaktyki przywiązuje się zbyt małą wagę.

W zaawansowanych stadiach choroby konieczny jest zabieg. Stosuje się różnego rodzaju siatki i taśmy, które zastępują uszkodzone tkanki umożliwiając ich prawidłowe funkcjonowanie. Jest to rodzaj protezy, obecnie wykonywanej z materiałów bezpiecznych dla organizmu. Zabieg jest obarczony niewielkim ryzykiem powikłań, jeśli wykonuje go doświadczony lekarz.

Bez kolejki i skierowania

Podobnie jak w wielu innych chorobach, im wcześniej podejmie się leczenie, tym lepiej. Kobiety powinny więc udać się do specjalisty już wtedy, gdy odczuwają pierwsze niepokojące objawy: częstsze wizyty w toalecie, nagłe i bolesne parcia na pęcherz moczowy, uczucia pełności w pochwie, obecności ciała obcego, ciążenia podbrzusza. Wszystko to może świadczyć o obniżaniu się narządów w dnie miednicy, a żeby to sprawdzić, wystarczy pójść do ginekologa.

– Nasza klinika ma wieloletnie doświadczenie w leczeniu chorób dna miednicy, wykonaliśmy tu setki zabiegów i jesteśmy w stanie pomóc większości pacjentek – przekonuje dr Pałczyński. – Warunek jest jeden: pacjentki muszą tego chcieć. W ramach Poradni Ginekologicznej I Kliniki Ginekologii i Położnictwa prowadzimy specjalistyczną diagnostykę i leczenie schorzeń związanych z zaburzeniami anatomii i funkcji dna miednicy. Dotyczy to wszystkich form nietrzymania moczu u kobiet oraz obniżenia i wypadania narządów miednicy mniejszej. Proponujemy pełen zakres diagnostyki umożliwiający indywidualne zaplanowanie leczenia dla każdej chorej. Prowadzimy leczenie zachowawcze i zabiegowe. A co najważniejsze: u nas nie ma kolejek!

Ponadto wszystkie pacjentki objęte są specjalistyczną opieką zarówno w okresie przedoperacyjnym, jak również po zabiegach operacyjnych w trakcie regularnych badań kontrolnych. W przypadku braku wskazań do leczenia operacyjnego lekarze z kliniki oferują pacjentkom poradnictwo w zakresie fizykoterapii oraz pessaroterapii. Wystarczy przyjść.

Rejestrować się można telefonicznie lub osobiście: I Klinika Ginekologii i Położnictwa USK, Wrocław, ul. T. Chałubińskiego 3, tel. 71 784 2380 (poniedziałek-piątek w godz. 8.00-13.00)

Alicja Giedroyć
„Borowska 213” październik 2019
http://www.usk.wroc.pl/dokumenty/biuletyny/47_2019.pdf