Medyczne science fiction staje się rzeczywistością

Medyczne science fiction staje się rzeczywistością


Pacjent leży na stole operacyjnym, lekarze wycinają mu serce, przekładają do miski w innym końcu sali, usuwają z niego guz wielkości jabłka, naprawiają, a potem z powrotem umieszczają w jego ciele. Serce zaczyna bić, a mężczyzna po kilku dniach spaceruje po szpitalnym korytarzu, rozmawia i szykuje się na powrót do domu. O pierwszym na Dolnym Śląsku autoprzeszczepieniu serca, wykonanym w listopadzie przez lekarzy Centrum Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu nawet doświadczeni kardiolodzy i kardiochirurdzy mówią, że była to operacja jak z science fiction. Mało kto ma okazję być świadkiem takiego zabiegu, bo przeprowadza się je niezwykle rzadko.


O szczęściu w nieszczęściu może mówić 31-letni Krzysztof Mrozek, który w listopadowy czwartek trafił do USK z niekojącymi obawami. Mimo tego, że od około pół roku ten młody, wysportowany mężczyzna źle się czuł, do głowy by mu nie przyszło, że cierpi na chorobę, która przytrafia się jednej tysięcznej procenta osób. Prawdopodobieństwo jej wystąpienia jest porównywalne z wygraną w totolotka, co zapewne było przyczyną błędnego wstępnego rozpoznania. Pacjent trafił do USK z przekonaniem, że najprawdopodobniej ma zatorowość płucną, bo tak wcześniej sugerowali lekarze. – Czułem się coraz bardziej osłabiony, miałem trudności z oddychaniem – opowiada. – Kolejne badania nic nie wykazywały, a mój stan się pogarszał. Miałem problem z poruszaniem się o własnych siłach, nie mogłem już wejść po schodach na półpiętro. Kiedy zauważyłem, że pluję krwią, zgłosiłem się do szpitala. A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.


Guz w przedsionku


W USK przeprowadzono badanie tomografem komputerowym, które wykluczyło zatorowość płucną. Dokładniejsze badania, m.in. echo serca i badanie rezonansem magnetycznym, wykazały mięsaka serca w zaawansowanym stadium – ogromnego guza, zajmującego niemal cały lewy przedsionek. Obraz ten postawił na nogi cały zespół Centrum Chorób Serca USK. Nic dziwnego: nowotwory serca należą do niezmiernie rzadkich, a jeszcze rzadsze są te o charakterze złośliwym, jak najwyraźniej było w tym przypadku. Guz naciekał na żyły płucne, uniemożliwiając prawidłowy przepływ krwi. Lewe płuco nie uczestniczyło praktycznie w wymianie gazowej, dlatego mężczyzna miał trudności z oddychaniem. Konsylium złożone z doświadczonych specjalistów długo dyskutowało nad tym niezwykłym przypadkiem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że trzeba działać szybko, bo życie pacjenta jest zagrożone. Groziła mu śmierć z powodu zatrzymania akcji serca nawet w ciągu najbliższej dobry. Mięsak serca wprawdzie długo rozwija się bezobjawowo, ale jest bardzo agresywnym nowotworem, w dodatku opornym na chemioterapię. Zatem operacja. Jak jednak usunąć nowotwór z przedsionka serca, do którego jest niezmiernie trudny dostęp? – W tym konkretnym przypadku wykluczyliśmy transplantację serca od zmarłego dawcy – wyjaśnia prof. Michał Zakliczyński, kardiolog i transplantolog z Centrum Chorób Serca USK. – Po pierwsze nie było na to czasu, bo pacjent wymagał szybkiej interwencji. Po drugie, po przeszczepieniu trzeba byłoby zastosować leczenie immunosupresyjne, które powodowałoby ryzyko nawrotu choroby nowotworowej. Taka opcja byłaby więc dla pacjenta niekorzystna.


Na szczęście niedawno do zespołu Centrum Chorób Serca USK dołączył dr Roman Przybylski, który jako jedyny Polak wykonywał już autoprzeszczepienia serca. Polegają one na wycięciu serca w całości, po to by na osobnym stole operacyjnym swobodnie wykonać na nim zabieg (niekoniecznie związany z nowotworem), a następnie wszczepieniu go ponownie pacjentowi. Lekarze Centrum Chorób Serca zdecydowali, że w tym przypadku będzie to optymalna metoda.


Bez serca przez cztery godziny


Pan Krzysztof w czwartek zgłosił się do szpitala, a już w piątek rano leżał na sali operacyjnej z rozciętą klatką piersiową. Przez kilka godzin był bez serca, i to nie w metaforycznym sensie. Jego serce znalazło się w rękach kardiochirurga w odległości kilku metrów od ciała pacjenta. Na czas zabiegu zostało zastąpione sztucznym płuco-sercem. – Po wycięciu serca, zatrzymanego w rozkurczu, mamy do niego swobodny dostęp – tłumaczy całą ideę dr Roman Przybylski. – Narząd umieszcza się w osobnym pojemniku, można operować w spokoju, co także jest ważne. Guz zajmował prawie cały przedsionek, należało usuwać go w bezpiecznych granicach, by nie uszkodzić lewej komory i zachowując ujścia żył płucnych. Kolejny etap zabiegu to rekonstrukcja powstałego ubytku za pomocą „łaty”, wykonanej z materiału biologicznego i połączenie z lewą komorą.


„Łata” jest płaska, a trzeba było z niej uformować określony przestrzenny kształt, co stanowi dodatkową trudność, zwłaszcza w przypadku tak ogromnej dziury, która powstała po wycięciu guza. Kardiochirurgowi i tę czynność wykonywało się znacznie łatwiej na wyciętym sercu niż gdyby miał to robić bezpośrednio w klatce piersiowej pacjenta, z trudnym dostępem. Tym bardziej, że materiału odpowiedniego kształtu i wielkości nie da się przygotować wcześniej, trzeba go precyzyjnie dopasować śródoperacyjnie. Ważny jest też czas. Operacje serca są zagrożone ryzykiem dużej utraty krwi, im krócej trwają, tym zagrożenie jest mniejsze. Wycinanie guza w sercu znajdującym się poza organizmem pacjenta zajmuje operatorowi mniej czasu, właśnie ze względu na lepszy dostęp.


Usuwanie serca wiąże się z odcięciem dużych naczyń krwionośnych: aorty, żyły głównej, żył płucnych. Trzeba je zespolić, wprowadzając naprawiony narząd ( w tym przypadku bez nowotworu i z rekonstrukcją przedsionka) do klatki piersiowej pacjenta. A potem odłączyć go od sztucznego płuco-serca i czekać, aż jego własny mięsień znowu podejmie pracę. Można tylko sobie wyobrazić emocje, jakie towarzyszą lekarzom w tym momencie i radość na widok serca, które znowu zaczyna bić. Wszyscy specjaliści USK, którzy wzięli udział w tym unikatowym zabiegu, nie kryją satysfakcji. Młody mężczyzna przeszedł operację nadzwyczaj dobrze, nie było żadnych problemów ani powikłań. Jak sam mówi, kiedy przebudził się po operacji, od razu odczuł ulgę. Duszności minęły, powoli wraca do sił. Już po kilku dniach uśmiechnięty przechadzał się z żoną po korytarzu i opowiadał o cudzie, jaki mu się przytrafił.


Odwaga i biegłość w sztuce


– To jest absolutnie spektakularny sukces medyczny, dowodzący bardzo wysokich kompetencji interdyscyplinarnego zespołu specjalistów, a także jakości zaplecza technologicznego USK – ocenia prof. Piotr Ponikowski, kierownik Centrum Chorób Serca, podkreślając nie tylko zasługi głównego operatora, ale także zaangażowanie całego zespołu kardiologów, kardiochirurgów, pielęgniarek, anestezjologów i specjalistów od obrazowania. Prof. Ponikowski mówi także o odwadze, koniecznej do podjęcia się tak skomplikowanego zabiegu, cytując Senekę. Zdaniem rzymskiego filozofa, „Nie dlatego brakuje nam odwagi, iż rzeczy są za trudne; to rzeczy są trudne dlatego, że brakuje nam odwagi.” Jednak w przypadku medycyny, jak w mało której dziedzinie, odwaga musi być poparta przygotowaniem i nieraz wieloletnim doświadczeniem. A to niewątpliwie jest udziałem dr Romana Przybylskiego, który swojego fachu uczył się w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu od najlepszych mistrzów: profesorów Zbigniewa Religi i Mariana Zembali, ma na swoim koncie 270 transplantacji serca, w tym 90 u dzieci. A te, jak podkreśla kardiochirurg, należą do najtrudniejszych. Rzadko udaje się znaleźć małego dawcę, toteż dzieciom najczęściej trzeba przeszczepić serce większych rozmiarów, co wymaga dużej biegłości. Dr Roman Przybylski ponadto wykonał cztery na pięć przeprowadzonych w Polsce autoprzeszczepień serca. Zabieg wykonany w listopadzie w USK był bowiem zaledwie piątym w kraju. Pierwsze autoprzeszczepienie serca miało miejsce w 2003 r., a jego autorem był właśnie dr Przybylski.


– Dr Przybylski jest obecnie najbardziej doświadczonym kardiochirurgiem w tego typu zabiegach w kraju, takiej operacji nie przeprowadzono by nigdzie indziej w Polsce – jest przekonany prof. Marek Jasiński, szef Kliniki Chirurgii Serca, wchodzącej w skład Centrum Chorób Serca USK. – To dla naszego ośrodka tworzy zupełnie nową perspektywę. Dodajmy, że przy leczeniu zachowawczym mięsaków serca, które są najczęściej spotykane u dzieci, 90 proc. chorych umiera w ciągu roku.


Gratulując zespołowi sukcesu, dyrektor USK dr Piotr Pobrotyn podkreślał, że wpisuje się on w strategię rozwoju szpitala, ale też ma szerszy wymiar: – To kolejny raz, gdy nasi pacjenci mogą korzystać z medycyny na światowym poziomie – powiedział podczas konferencji prasowej poświęconej zabiegowi dr Piotr Pobrotyn. – Udało się nam stworzyć zespół, którego kompetencje nie ustępują najbardziej renomowanym światowym ośrodkom. Nie byłoby to możliwe także bez wsparcia Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, a jeśli do tej współpracy dodamy dobrą sytuację finansową USK (pod tym względem jesteśmy w kraju „zieloną wyspą”), to możemy patrzeć w przyszłość z optymizmem.


Udane autoprzeszczepienie dowodzi także, że USK jest pod każdym względem gotowy do przeszczepień serca, a dołączenie do ośrodków, wykonujących takie zabiegi, jest tylko kwestią czasu.


Wyjątkowa operacja, jaką przeszedł pan Krzysztof, była kluczowa w jego leczeniu, ale go nie kończy. Przed pacjentem jeszcze dalsza specjalistyczna diagnostyka i chemioterapia. Lekarze uważają jednak, że najgorsze ma już za sobą. – Mam nadzieję że daliśmy mu szansę na długie życie – stwierdza dr Roman Przybylski.


Alicja Giedroyć

„Borowska 213” grudzień 2019

http://www.usk.wroc.pl/dokumenty/biuletyny/49_2019.pdf